Zaskoczenie to równie dobra nazwa dla tego wpisu. Tak, byłem zaskoczony. Bo czego się spodziewać po niewielkim lesie miedzy dwiema wioskami? Nawet nie jest tam całkiem cicho. I nie mam tu na myśli ciszy absolutnej. Nie, ta jest niemożliwa, szczególnie wiosną. Ale nie o nią chodzi. Brak dźwięków cywilizacji koi mój umysł jak gorąca kąpiel ciało.
Co mogło mnie zaskoczyć w takim lesie? Ano niby nic. Bo i nic specjalnego tam nie znalazłem. Nie ma tam cudownego źródełka, 700 letniego dębu o historycznie polskim imieniu, największej wydmy śródlądowej w Polsce, ani nawet skarpy storczyków niedostępnej dla zwiedzających. Drzewa, dwa stawy oraz mnóstwo komarów i kleszczy. Kilka pagórków plus strumyk. Za mało na super selfie.

Pierwszy staw jak na bagno jest za to przeuroczy i nawet pływają w nim ryby. Może wytłumaczę skąd bagno – na mapach administracyjnych jest to obiekt 527794 Mokradła, Rodzaj: bagno. Choć zdecydowanie nie jest moim wymarzonym szuwarem z marzeń o wyprawie donikąd, to można całkiem miło spędzić tam czas.

Na drugim końcu lasu kolejny staw. Nieco zarośnięty, ale jednak cywilizowany, kanciasty. Wyraźnie widać jeszcze rękę człowieka, za to te powalone drzewa… Hmm, no właśnie. Wygląda to na robotę największych gryzoni w Polsce. Zatem wyobraźnia mówi – sprawdzam.

Już na początku zwiadów „wita” mnie brak drogi. Żadnego szlaku, ścieżki, czyli nie ma po co iść. Zatem by zaoszczędzić wam cierpienia i potencjalnej boreliozy, przeprowadzę was od jednego do drugiego stawu. Dla mnie odwrotu nie ma. Z podziękowaniem dla lokalnego leśnictwa za może ich bierność, a może troskę…

Brak ścieżki, mokradła, strumyk do przejścia, pająki we włosach. Jak tu nie iść dalej?

Czyżby bobrom wpadło do głowy, by przygotować most? Przejście po powalonym drzewie było bardzo komfortowe, a jednak ekscytujące.

W trzcinie ukryta jest tama, której nie dało się sfotografować. Widać za to wyraźnie skąd bierze się tu woda:


Piaszczyste dno, ale woda lodowata. Po kilku minutach jednak całkiem przyjemna w upalny dzień. Czasem można nawet spotkać pijawkę.

Wyspa?

Zator, którego nikt nie usunął – czyn zaiste rozumny i godny pochwały. Wszak każde mokradło jest na wagę złota.


Omijając rozlewisko, spotykam nietypowy głaz- niby zwykły otoczak ze Skandynawii. Z bliska jednak widać mnóstwo kwarców zatopionych w granicie. Z daleka miałem wrażenie, że to betonowy gruz.

Chipsy wyrastające z drewna 😉

W tym momencie jednak zajrzałem do telefonu, by sprawdzić czy przez pomyłkę nie trafiłem do rezerwatu. Ścieżki nadal brak, trzeba poskakać, za to nikt mnie nie przegoni.

Strumyk pięknie się wije między drzewami, a pagórki pilnują go w ryzach. Choć w zasadzie nie tyle są to pagórki, co strumyk płynie w kotlinie wyrzeźbionej w wysoczyźnie kaliskiej. Kotlina jest co prawda malutka, ale idąc nią wzdłuż, doświadcza się wrażeń estetycznych, przyrody a także trochę geologii czy prehistorii. Wszak duża w tym wszystkim zasługa ostatniego zlodowacenia.



Teren trudny, mnóstwo błota, gałęzi i roślin. Były nawet momenty, gdy zastanawiałem się co dalej. Iść? Którędy? Ale chwila, czy widzę tamę?

Troszkę bliżej i już nie mam wątpliwości. Mamy tu niezły przykład naturalnej inżynierii budowlanej. Konstrukcja ma już swoje lata, lecz zdaje się, że nie zatraciła funkcjonalności. Nie widać remontów czy usprawnień, więc chyba nie ma już zarządcy. Działa jednak na tyle, by podnieść poziom wody o ponad pół metra.

Czas ruszyć dalej. Na szczęście mimo ciepła, mam wysokie buty. Będzie sporo czyszczenia. Co interesujące, mimo braku ludzkich śladów, turystyka w tym miejscu kwitnie. Widać tropy dzików, saren…

Miejscami lepiej iść korytem strumyka. Dookoła habuzie, błoto, powalone drzewa. Nie ma co liczyć na nudny spacer.



Pracowite zwierzaki. Kolejna konstrukcja, a przed nią spory zasób wody. Na prawdę wysoka tama. Tak eksploatować mały strumyczek?

Jedno rozlewisko się nie skończyło, a kolejna tama robi nowe spiętrzenie. Niemal jak na uprawach ryżu w dalekiej Azji. Biorąc pod uwagę jak mały przepływ wody jest w tym strumyku, jestem pod wrażeniem jej ilości.

Przed tamą piękny staw z przejrzystą do dna wodą.

Na zalanym terenie mrówki znalazły świetne rozwiązanie na brak umiejętności pływania. Jest tu więcej takich mostów, a chodzą również po drzewach, więc można je mieć także we włosach.

Naprawdę? Kolejna? Może nie jest wysoka, ale jak się dobrze przyjrzeć, to jest bardzo szeroka. Ciekaw jestem na jakiej podstawie bobry podejmują decyzję o wybudowaniu tamy w danym miejscu. Tutaj nie wydaje się to optymalne, a jednak tama jest i spełnia swoją funkcję. Czasem sobie myślę – jak to ludzie robili gdy nie znali betonu? Tak jak bobry? 😉



Zalew utworzony przez tę tamę, jest zdecydowanie większy niż typowe oczko wodne na ogródku.


Idąc wzdłuż strumienia między rozlewiskami można zauważyć, że tutaj nie ma dużo błota. Ten obszar jest jednym wielkim błotem. Pamiętam gdy w pewnym lesie w pobliżu skarpy musiałem wybitnie kombinować by przejść choć jeden metr. Drzewa rosły dość gęsto. Sporo było też trawy i powalonych pni. Natomiast przesączająca się woda z gruntu tworzyła prawdziwie grząskie bagno. Jeden błędny krok i cała moja noga wpadła w nicość wodno-błotnej otchłani. Gdzieś pewnie w końcu zatrzymałbym się na korzeniach drzew, ale strachu się najadłem, bo dna nie czułem. Na szczęście drugą nogę miałem na jakimś pniu, a ręką odruchowo chwyciłem się jakiejś gałęzi dla zachowania równowagi. Tutaj są raczej płytkie błota bo woda stoi lub płynie powierzchniowo, więc jakoś idę. Dużo skaczę.

W ten sposób z trudem docieram do kolejnej tamy, a moim oczom ukazuje się bajeczny widok sporych rozmiarów rozlewiska. Miejsce zaskakuje dzikością, naturalnością. Idąc przez długi czas gęstym, ciemnym lasem, dodatkowego wrażenia nadaje jasność tego miejsca.

Tama jest sporych rozmiarów, a spiętrzenie sięga nawet 80cm. Niestety tamę mogę pokazać tylko fragmentarycznie, ze względu na gęstą roślinność i posiadany sprzęt.


Przefiltrowana przez tamę woda tryska jak w górskim strumieniu.

Rośliny rosną bujnie nawet na powalonym pniu. Nie ma tu mowy o suszy czy nieurodzaju.

Idąc dalej w górę strumyka, spotykam jeszcze jedną tamę. Oparta jest o dwa duże drzewa i ukryta w roślinności udaje, że jej tam nie ma.

Widok od drugiej strony. Rozlewisko nie jest tak duże jak poprzednie, ale w podobnym stylu. Dużo światła i jeszcze więcej zieleni.



Kilkadziesiąt metrów dalej strumyk płynie leniwie przez szuwary. Nadal wszystko wygląda jak w rezerwacie, ale dowodów bytowania bobrów już nie zauważam.

Bujna i gęsta roślinność wymusza gimnastykę, ale już niedaleko do pierwszego stawu.

Pojawia się oczywista myśl – woda w tym stawie nie bierze się przecież znikąd. Co mnie jeszcze czeka?


Kolejne rozlewisko utworzone przez tamę a jakże – bobrów.

Szeroka. Może słabo ją widać, a jednak jest to potężna tama. Tworzy największe rozlewisko na tym strumyku. Choć na tym etapie jest to tylko malutka strużka wody, działalność bobrów ukazuje jej pełen potencjał. Wody jest mnóstwo, a gdyby policzyć jeszcze tę zawartą w gruncie, wyszłoby drugie tyle.

Mimo miniaturowego rozmiaru, nawet poza obszarem rozlewiska jest to jeszcze trudniejszy teren niż wcześniej. Wszędzie grząsko, błoto jest bardzo głębokie i kleiste. Trzeba uważać na każdym kroku, bo nawet z dala od strumienia można nieźle ugrząznąć.
Aż trudno uwierzyć , że wszystko zaczyna się gdzieś na polach jako zwykły rów, którym woda ledwie się sączy w mokre dni.